poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Jelly shots czyli niegrzeczne galaretki

  Ha! Ano tak... Mimo swoich tęczowych kolorów, swojego pięknego zapachu mają w sobie coś nie dla dzieci ;) Z wielkim zaciekawieniem czekałam na paczkę z Durszlaka. Gdy tylko przeczytałam nazwy tych galaretek do głowy przyszły mi ... kolorowe drinki! Pina Colada, Blue Curacao, Pink Margarita i oczywiście moje ulubione Mojito. Ten "deser" dla dorosłych jest szybki w przyrządzeniu i naprawdę efektowny na stole!



Składniki:
  • galaretki Winiary - Blue Curacao, Pink Margarita, Pina Colada, Mojito
  • 250 ml wódki (najlepiej smakowej)
  • torebka żelatyny

  Przygotowujemy galaretki według przepisu na opakowaniu. Do każdej z nich dodaję po łyżeczce żelatyny i mieszam aż wszystko ładnie się roztopi. Gdy galaretki troszkę ostygną dodajemy do każdej z nich alkohol. Wychodzi po 1/4 szklanki na każdy kolor. Jako pojemników do zrobienia galaretek użyłam jednorazowych kieliszków (plastikowych). Możemy różnie łączyć kolory ale pamiętajmy aby każda warstwa dobrze się "zcięła" przed nałożeniem kolejnej. W innym przypadku możemy stworzyć nieco inny aczkolwiek jednolity kolor ;) Udanej zabawy przy tworzeniu! :)




piątek, 5 kwietnia 2013

Fasola szparagowa na przywołanie wiosny

Ja nie wiem co się dzieje z tą wiosną w tym roku... Może skubana boi się tych naszych radarów i ciśnie piechotą? A może całkowicie się rozmyśliła i wpadnie tylko na moment w czerwcu na jakąś kawę i ewentualnie grilla gdy najdzie ją taka ochota. Nie wiem ale czekam na nią z utęsknieniem i wielkimi nerwami. Dla poprawy humoru trzeba zjeść coś dobrego, lekkiego i WIOSENNEGO właśnie. Ja zdecydowałam się na sałatkę z fasoli szparagowej. Mojej ulubionej :) Najlepsza jest z masełkiem lecz nie tym razem. Z uwagi na przymuszenie mojego męża dietą trzeba było obrać inne "odzienie" dla szparagówki, które prezentuję niżej.





Składniki: 
  • 400g fasoli szparagowej
  • 1 cebula średniej wielkości
  • rukola
  • sól gruboziarnista
  • 1 łyżeczka octu
  • 1 łyżka oliwy
  • pieprz


O tej porze roku musiałam niestety użyć fasolki mrożonej ale nie jest wcale taka zła. Żółta fasolka jest znakomita ;) Gotujemy ją w wodzie bądź na parze. Ja wybieram zawsze ten drugi sposób bo parowane rzeczy są smaczniejsze niż te z wody. Cebulę kroimy cieniutko. Do sałatki przygotowujemy lekki sos - mieszamy ocet z odrobiną soli morskiej oraz oliwą. Na koniec dodajemy świeżo zmielony pieprz. Gdy fasolka nam się ugotuje przelewamy ją zimną wodą żeby była jędrniejsza :) Mieszamy fasolkę z cebulą oraz sosem. Na talerzach rozkładamy po garści rukoli i wykładamy sałatkę. Najlepsze są podane z grzankami czosnkowymi z chleba razowego. Pyyyychota :) SMACZNEGO !










Tartaletki kajmakowe

Szybkie, łatwe i smaczne. Rozeszły się szybciutko niczym świeże bułeczki :) Chodziły mi po głowie od dłuższego czasu więc musiałam odkurzyć foremki do nich. Przepis na spody tart zrobiłam z przepisu na mazurek z Kwestii Smaku. Idealnie się nadaje na takie wypieki :)


Składniki na spody: 
  • 250 g mąki
  • 160 g masła
  • 100 g cukru pudru
  • 2 żółtka

Masło, cukier puder oraz żółtka rozcieramy w malakserze. Dodajemy mąkę i 3 łyżki chłodnej wody, mieszamy aż wyrobi nam się ciasto. I już :) Szybko, nie? Zawijamy kulę ciasta w folię spożywczą i chłodzimy ok. 1 godziny w lodówce. Po wyjęciu z lodówki wałkujemy na grubość ok 3-5 mm w zależności jak gruby spód chcemy uzyskać. Formy do tarteletek smarujemy masłem i obsypujemy bułką tartą. Mi wystarczyło ciasta na 7 foremek. Wykładamy na nich ciasto i pieczemy 15 minut w piekarniku rozgrzanym do 190°C.



Do wypełnienia potrzebujemy masy kajmakowej. Ja poszłam na łatwiznę i kupiłam puszkę gotowej już masy. Wypełniłam nią schłodzone spody, posypałam płatkami migdałów i GOTOWE! :)




sobota, 30 marca 2013

Wielkanocna szynka z ... dzika

Dzik wcale nie jest taki zły. Ten martwy oczywiście... i najlepiej żeby był już w kształcie szynki. Jedyną obawą jaka nam zostaje to „Czy ta szynka mi wyjdzie??”. Wyszła, choć jeszcze nie próbowałam. Zapach unosi się niesamowity i ślinka cieknie odkąd wyciągnęłam pieczeń z piekarnika. Przepis jest szybki i prosty a wszystko co potrzebne podaję poniżej. 



Składniki:
  • szynka z dzika (ok. 1,5kg)
  • 2-3 łyżki oliwy
  • aromatyczne zioła (majeranek, kminek, zioła prowansalskie, czubryca)
  • czosnek
  • ziele angielskie
  • pieprz ziołowy
  • pieprz cayenne
  • papryka słodka oraz ostra
  • 2-3 goździki
  • 3-4 jagody jałowca

Zioła mielimy, tłuczemy, rozcieramy i mieszamy razem. Dodajemy oliwę i nacieramy mięso. Mięso dajemy do rękawa i wkładamy do lodówki na 1-2 doby. Mój dzik marynował się tylko jedną dobę bo jak zwykle przygotowania do świąt rozpoczęte na ostatnią chwilę ;) Gdy mięso już się zamarynuje wyciągamy z lodówki, solimy i wlewamy trochę wody do rękawa. Nagrzewamy piekarnik do 180°C i pieczemy 1-1,5 godziny. Ja swoją szynkę piekłam w folii gdyż standardowo czegoś zabrakło - tym razem rękawa. Pod koniec pieczenia rozłożyłam folię i przypiekłam mięsko aby miało chrupiącą skórę. Uwielbiam takie pieczenie!


Już się nie mogę doczekać Wielkanocnego śniadania i spróbowania "dzikiej" szynki :) A za mięsko serdecznie dziękuję zapalonemu myśliwemu Marcinowi :)
Mamo Marcina - dziękuję za przepis !
 

niedziela, 9 września 2012

Słoneczniki

  A teraz prezentuję moje obiecane "cuda" ;). Wyszperałam na necie taki oto sposób przyozdobienia muffinów. Oczywiście jak widać daleko mi do ideału ale cóż, próbować trzeba. Na muffiny użyłam zwykłego przepisu beż żadnych dodatków.


 
Składniki: 
  • 2 szklanki mąki
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 2 łyżki cukru
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 szklanka mleka
  • 1/2 szklanki oleju roślinnego 

Mieszamy osobno wszystkie składniki mokre i składniki suche. Na koniec mieszamy wszystko razem, ale nie aż tak dokładnie. Rozlewamy do foremek i pieczemy w piekarniku nastawionym na 200 stopni C przez 15-20 minut. 

Do ozdobienia użyłam masy z masła i cukru pudru. Lekko podlałam mlekiem. Nad masą niestety muszę trochę popracować i poszukać też lepszych barwników. Takie moje przygody ze słonecznikami :)


piątek, 7 września 2012

Chleb nadziewany

    Zaczynam tradycyjnym - "aaaale mnie tu dawno nie było" :-) Różne sprawy się działy, raz gorsze - bardzo gorsze, raz lepsze (zmiana nazwiska na "mniej popularne") ale wróciłam i pamiętam, że bloga jeszcze mam. Co pichcenie w kuchni to pamiętam, że blog jest i powinnam się dzielić ale po aparat jest taaak daleko strasznie daleko do drugiego pokoju, że ho ho. Chciałam się w powrocie pochwalić jakimś cudem, cudeńkiem lecz miasto moje kochane nie posiada niektórych składników, jakże potrzebnych i jakże podstawowych !! (więc pomijając moje nie-zdolności kuchenne - cuda będą następnym razem). Teraz pokażę mój ulubiony, wyczytany z SHAPE przepis na nadziewany chlebek - lekki !! Tak, kupuję SHAPE! Kupuję i za każdym razem obiecuję sobie, że tym razem poćwiczę. Jakże mylne jest moje podejście, że kupując, czytając i oglądając po prostu sama z siebie schudnę. No cóż... poczekam, zobaczę ;-)


Tymczasem podaję składniki na nadzienie:
  • chleb okrągły,
  • pęczek bazylii,
  • 30 dkg salami,
  • ser parmezan,
  • papryka grillowana.

To tyle do wypełnienia chlebka, ale... !! Potrzebne nam jeszcze będzie pesto. Teraz poszłam na łatwiznę i kupiłam gotowe. I tu muszę powiedzieć, że jak zwykle nie był to dobry wybór. Mimo tego, że nie jestem wyśmienitą kucharą to jednak moje wcześniejsze pesto było o wiele smaczniejsze. No cóż. Człowiek uczy się na błędach, kucharz też.

Pesto:
  • suszone pomidory,
  • orzechy piniowe ( nie są obowiązkowe)
  • bazylia
  • oliwa z oliwek.



Miksujemy wszystkie składniki razem i jest pesto :-) A dokładniej mówiąc: suszonych pomidorów dajemy dużo, czyli taki większy słoik sklepowy. Wiem, że to takie masło maślane ale każdy chyba według własnego uznania powinien ich nawalić. Ja kocham pomidory więc jak dla mnie pesto może się składać z pomidorów, bazylii, suszonych pomidorów, pomidorów. Pomidorów nigdy za wiele! Ale wracając przepisu to następnie dodajemy garść orzechów piniowych (niestety nie wiem jak wyglądają, nie dodawałam ich - kupiłam gotowe pesto i pewnie przez te orzechy mi nie smakowało ;-) ). Następny składnik to bazylia - dodajemy listki z całego pęczka bądź doniczki (u mnie w mieście dostępność takich ziół jest znikoma więc zostają supermarkety gdzie takie przysmaki dają w doniczkach). Dalej oliwa z oliwek, dodajemy tyle, żeby wszystko trzymało się ku... , siebie żeby się trzymało ale żeby nie pływało. No, to teraz dalej ...

    Przystępujemy do pracy z wypełnieniem. AHA! Przewertowałam wszystkie moje "shejpy" w poszukiwaniu tego przepisu. Niestety nie natknęłam się na niego więc wszystko idzie z głowy - czyli z niczego. Jak znajdę przepis - a będzie to zapewne w grudniu 2067 roku gdzie zapewne nie będę miała już sił na chociażby myślenie - to zrobię szybką aktualizację przepisu. OBIECUJĘ!


Bierzemy nasz chlebek, odkrawamy "pokrywkę" i wydłubujemy miąższ - tak aby powstał nam taki garneczek jak np. robimy chlebek do żurku. Środek chlebka smarujemy naszym pesto. Ale hola hola ! Nie całym... zostawiamy część pesto na jedną z warstw. I tak po kolei - jak już posmarowane pesto to kładziemy - listki bazylii, salami, ser - najlepszy parmezan ale jeżeli jesteśmy w posiadaniu innego to się nie krępujemy. Na ser kładziemy połowę słoika grillowanej papryki (tak, kupiłam na szybko słoikową, ale nie próbowałam jeszcze sama "ugrillować". Może to wynikać z moich umiejętności spaleniowych, w najlepszym przypadku przypaleniowych). Następnie znowu dajemy salami, smarujemy pesto, papryka, ser, bazylia i pokrywka z chlebka  na wierzch, która też jest posmarowana pesto - oczywiście od środka :-). Taki chlebek okrywamy ciasno! w folię spożywczą i wkładamy do lodówki na całą noc. Chlebem musi być mocno ściśnięty folią i przyciśnięty od góry. Rodzina dziwiła się tym kamieniem w lodówce no ale cóż... czego się nie robi ;-) Na następny dzień wyciągamy i kroimy jak torcika. DE-LI-CJE !!



SMACZNEGO !!!

PS. Po dzisiejszym poście stwierdzam, że jestem mistrzem w nawiasach. Przepraszam i obiecuję poprawę... (ale ja mam tyle do powiedzenia w zanadrzu...)

niedziela, 31 lipca 2011

Pizza z cukinii

Tak, tak... z cukinii, a co! A że warzywo, a że zdrowa i nie tucząca... I mogłabym tak bez końca wymieniać mało prawdziwe historie na wytłumaczenie. Idę tokiem myślenia mojego kochanego chrześniaka, który na zdanie "Zjadłabym frytki ale miałam się zdrowo odżywiać" odpowiedział ... " No ale słuchaj, frytki to ziemniaki, nie? Ziemniak to warzywo a warzywa są przecież zdrowe!". I wszystko jasne w tym temacie ;) Więc dlaczego by nie pizza z cukinii ...


Składniki:
  • cukinia, wielkość obojętna, na małych plastrach można zrobić mini pizze ;)
  • ser żółty,
  • plastry wędliny, według uznania
  • przecier pomidorowy
  • oliwa z oliwek
  • zioła prowansalskie, sól, pieprz 
Kroimy cukinię w plastry, ok. 2 cm. Grubość taka, żeby utrzymała wszystkie dodatki nie rozpadając się przy tym :) Smarujemy plastry z każdej strony odrobiną oliwy z oliwek a następnie grillujemy plastry po 6-8 minut z każdej strony. Trzeba dobrze podsmażyć na grillu bo później piekarnik niestety nie da rady na tyle zmiękczyć cukinię. Gdy już wygrillujemy wszystkie plastry robimy sos do pizzy. Każdy ma pewnie jakiś swój ulubiony sos. Ja robię tak: mieszam sos pomidorowy z odrobiną wody, ziołami prowansalskimi. Doprawiam sola i pieprzem i .., "włalaaaa" - sos gotowy. Smarujemy sosem jedną stronę plastrów (najlepiej tą szerszą), nakładamy wędlinę bądź jakieś inne dodatki i nakładamy na wierzch ser żółty. Takie mini pizzerki wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 200°C na 10 minut (aż ser się ładnie roztopi i przyrumieni). Jeżeli ktoś z Was ma taki odjazdowy grill z przykrywką, można zamiast do piekarnika podpiekać do końca właśnie na takim grillu pod przykryciem. Ale wtedy to już samemu proszę czas smażenia ustalać - żeby nie było ;)GOTOWE ! Podajemy jeszcze cieplutkie i zjadamy ze smakiem :)


A dla spróbowania dwie sztuki zrobiłam z serem camembert - REWELACJA!



poniedziałek, 11 lipca 2011

Muffinów ciąg dalszy ...


 Ależ mnie wzięło na te muffiny... Albo nie ... Wzięło mnie na farbowanie żywności. Właśnie tak. Pewnie dlatego, że nigdzie nie mogę dostać ąni jednej farbki/barwnika !! Ja nie wiem, jak to jest, że w mieście gdzie mogę dostać wszystko (patrz giełda) nie mogę znaleźć normalnego w świecie barwnika do żywności?? Jedyny jaki mam to niebieski, kupiony gdzieś przez moją mamę, która ma nadprzyrodzone zdolności znajdywania rzeczy z pozoru niepotrzebnych. Tak więc zachciało mi się wesołych, kolorowych muffinów na te smutne ostatnio dni. Mi osobiście kojarzą się z Gumisiami ... taaaa... też nie wiem dlaczego bo brak jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Hmmm...a może dlatego, że ... niebieskie? W domu jak zwykle pustki, na dworze jak zwykle deszcz - jak na połowę lipca przystało! :/ Jedyne co udało mi się znaleźć to podstawowe składniki na muffiny, trochę porzeczek na ogrodzie i olejek - likier wiśniowy. Aaaa... i oczywiście niebieski barwnik! ;)



Składniki: 
  • 2 szklanki mąki
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 2 łyżki cukru
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 szklanka mleka
  • 1/2 szklanki oleju roślinnego
  • 3 łyżeczki olejku o smaku likieru wiśniowego
  • szklanka czerwonych porzeczek
  • barwnik spożywczy 

 Tradycyjnie przy muffinach w jednej misce mieszamy składniki suche - mąka, proszek do pieczenia, cukier i sól - a w drugiej wszystkie składniki mokre - jajko, mleko i olej. Do mokrych dodajemy barwnik, zależnie od tego jaki kolor chcemy uzyskać. Po tych muffinach to ja już nawet tego niebieskiego barwnika nie mam ;) Łączymy składniki mokre i suche nie mieszając ich zbytnio. Dodajemy porzeczki. U mnie tylko szklanka bo raz... nie miałam cierpliwości do zrywania, dwa... resztki cierpliwości odebrały mi atakujące mnie mrówki. Nie wiem jak to się dzieje, ale mnie zawsze mrówki gryzą! I to boli. Ale oczywiście zgodzi się ze mną tylko ten, kogo też dziobią te wszędobylskie stwory. No... a ciastko na muffiny lekko mieszamy i rozkładamy między foremki. Napełniamy je do 2/3 wysokości. 




Na wierch posypujemy każdą formę kilkoma porzeczkami. Wkładamy formy do rozgrzanego do 200°C piekarnika i pieczemy ok. 15-20 minut. Trzeba sprawdzać czy są gotowe bo porzeczki trochę nam zwilżają ciacho. No... i to chyba tyle :) Muffiny są mało słodkie, kwaśne od porzeczek ... i w sumie brakuje im jeszcze polewy czekoladowej :)

SMACZNEGO!

sobota, 2 lipca 2011

Ciastka z płatkami kukurydzianymi

Naaaaaajsmaczniejsze jakie jadłam. Oczywiście nie chwalę tu siebie - nie nie ... jeszcze nie teraz ;) Ciacha każdemu tak dobre wychodziły, wychodzą i wychodzić będą. Nawet ja nie potrafię tego przepisu spieprzyć :) Znalezione gdzieś w gazecie przez moją mamę i oczywiście szybciorem skopiowane. Idealne na poprawę humoru a i tuszy nie dodadzą za dużo bo tam mało co czekolady i cukru ...



Składniki:
  • 3 szklanki mąki
  • kostka margaryny
  • 2 jajka
  • 3/4 szklanki cukru
  • cukier waniliowy
  • 1/2 opakowania proszku do pieczenia
  • 5 szklanek płatków kukurydzianych
  • drobno połamana czekolada
  • drobno posiekane orzechy (ja użyłam laskowych)
  • słonecznik łuskany

No i do roboty: roztapiamy margarynę w rondelku na małym ogniu a następnie studzimy. Ucieramy jajka z cukrem waniliowym i ze zwykłym cukrem aż otrzymamy pienistą masę. Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia i stopniowo dodajemy do masy. Dodajemy roztopioną margarynę - oczywiście wystudzoną - i dokładnie mieszamy.Teraz wsypujemy nasze dodatki - płatki kukurydziane, słonecznik, pokruszoną czekoladę i orzechy. Znowu mieszamy.


Rozgrzewamy piekarnik do 180°C. Wykładamy na blachę pergamin i smarujemy lekko tłuszczem. Z masy formujemy kulki i spłaszczamy na blasze formując ciastka. Nie ma się co martwić, że płatki kukurydziane odstają - w tym właśnie całe piękno tych ciastek, że nie są idealne :) Wkładamy do piekarnika i pieczemy ok. 20 minut.   GOTOWE!

Do ciastek możemy dodawać co tylko chcemy. Mogą to być suszone owoce, rodzynki bądź wiórki kokosowe. Można dolać jakiegoś aromatu a nawet ... NAWET! polać czekoladą heheh ... Jak widać możliwości jest wiele, także proszę kombinować i dawać znać jakie Wam wyszły pysznotki.

SMACZNEGO!


poniedziałek, 20 czerwca 2011

Muffinkowa wariacja na temat hortensji ...

Ależ tytuł mi wyszedł ... ;) Wyjrzałam na internecie takie oto cuda i nie mogłam się odgonić od myśli, że przecież ja też takie umiem. Co widać po zdjęciach - nie umiem, ale chociaż się staram :) Zajęło mi to aż dwa dni, ale co i dlaczego zdradzać może nie będę... bo to wstyd. W każdym bądź razie z wypocin lekko zadowolona jestem, ale nie ulega wątpliwości, że należy popracować nad kształtem płatków :) 


 Przepis oryginalny tu a niżej podaję przetłumaczony przeze mnie więc nie wiem czy dobrze. 

Muffiny:
  • 2 szklanki cukru 
  • 1 3/4 szklanki mąki 
  • 3/4 szklanki kakao 
  • 1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia 
  • 1 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej 
  • 1 łyżeczka soli 
  • 2 jajka 
  • 1 szklanka pełnotłustego mleka 
  • 1/2 szklanki oleju roślinnego 
  • 2 łyżeczki ekstraktu wanilii (lub olejku waniliowego) 
  • 1 szklanka wrzątku (tu trzeba uważać bo lepiej w kubku ;) )

I jak to z muffinami bywa mieszamy wszystkie suche składniki w jednej misce. W drugiej misce mieszamy wszystkie "mokre" składniki poza wrzątkiem. Mieszamy ze sobą składniki suche i mokre a na koniec wlewamy szklankę wrzątku i dobrze mieszamy. Ciasto robi się dość płynne ale takie właśnie ma być. Muffinki wychodzą pyszne i leciutkie.

Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni celcjusza i pieczemy muffinki przez około 24 minuty.  (22-27min.) Z tej ilości ciasta wyszło mi aż 36 muffinów :)

Teraz zabieramy się za krem. Ja przekombinowałam i trochę nie wyszło więc albo proszę trzymać się przepisu, albo stworzyć swój krem, który nie będzie spływał z muffinek tylko ładnie na nich tworzył ozdoby :) Oryginał i moje tłumaczenie:

Krem waniliowy:

  • 1/2 szklanki masła (w temperaturze pokojowej) 
  • 3/4 szklanki kremowego serka (może być mascarpone) 
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (lub olejku waniliowego) 
  • 4 szklanki cukru pudru 
  • 2 łyżki śmietany kremówki

Mieszamy wszystko (poza cukrem pudrem) najlepiej ręcznie i nie aż tak dokładnie. Dodajemy powoli cukier puder i mieszamy aż do uzyskania gęstej masy. Dzielimy masę na pół i kolorujemy :) Niebieski łatwizna, bo są barwniki. A fioletowy miałam dzięki niebieskiemu barwnikowi i ... kilku kropel soku z buraka :) Wkładamy do lodówki aż masy zgęstnieją. Potem ozdabiamy, podziwiamy i zjadamy. Moje były bez podziwiania ;D


UDANEJ ZABAWY!

sobota, 8 stycznia 2011

Śniadaniowa pito-pizza

Tak mnie dzisiaj naszło, żeby zjeść na śniadanie coś innego niż ciągle te same kanapki z wędliną czy płatki na mleku. Naszła mnie ochota na ... pizzę. Pora śniadaniowa, więc pizzę trzeba by było jakoś lekko zmodyfikować na poranny rozruch. Ciasta też mi się nie widziało, żeby gnieść od rana jak przecież ledwo na oczy widzę. Szybki przegląd lodówki, szafek i piwnicy. I mam!. Pito-pizza! Chlebek pita się znalazł więc chyba może robić jako spód pizzy? Hmmm... Pizza na śniadanie to i pita jako spód może zadziałać ;)


Składniki (na 4 porcje):
  • 4 placki pita
  • 4 jajka
  • parmezan
  • mozzarella
  • 12 pomidorków koktajlowych
  • pęczek cebulki ze szczypiorkiem
  • oliwa z oliwek
  • sól morska
  • świeżo zmielony pieprz

Moje placki pita były malutkie, tak na jedną osobę. Jeżeli ktoś znajdzie większe można jednego placka użyć na dwie porcje ... lub na jedną dla większego łasucha :) 


Rozgrzewamy piekarnik do temperatury 230°C. W tym czasie smarujemy placki oliwą z oliwek i nakładamy startego parmezanu i mozzareli tak, aby przykryło nam placki. Wkładamy do piekarnika na ok. 3 minuty, żeby serki ładnie nam się roztopiły. Wyciągamy placuszki i nakładamy resztę składników. Pomidorki przekrajamy na połówki, szczypiorek siekamy i wrzucamy wszystko na nasze "pizze".Wbijamy na każdy placek jedno jajko. Jajko. Niestety ja i jajka mieliśmy zupełnie inna koncepcję. Miały się ładnie trzymać środka, a one chyba chciały poszaleć bo się porozlewały. Musiałam więc je jakoś ujarzmić więc powkładałam placki do żaroodpornych naczyń. I mogłam bez obaw o ucieczki składników dokończyć przyrządzanie swojego śniadania. Pozostało nam jedynie posolić i po... posypać pieprzem :) Wkładamy do piekarnika na kolejne 5-6 minut. Gdy jajko ładnie nam się zetnie (żółtko powinno się lekko rozlewać) wyciągamy z piekarnika, posypujemy sobie jeszcze szczypiorkiem i od razu wcinamy cieplutkie. Naprawdę pychotka!


SMACZNEGO!

wtorek, 4 stycznia 2011

Gofry miastowe, nie-domowe

Witam wszystkich w Nowym Roku i oczywiście szczęścia, miłości i fantastycznych przygód w kuchni jak i w codziennym życiu życzę :)
  Z okazji "nowego" przyszły mi na myśl wspomnienia z przeszłości, a mianowicie o ... GOFRACH! Nie takich zwykłych, ulicznych, ale o takich domowych, maminych. Pamiętam jak za dzieciaka nie mogliśmy się ich w domu doczekać. Pamiętam jak kuzyn przylatując z Kanady na wakacje myślał tylko o gofrach. Pamiętam jak bawiąc się na dworze nic nie było w stanie przekonać nas do powrotu do domu... Nic poza hasłem "GOFRY JUŻ SĄ!!". Się pędziło z końca wioski żeby się tylko na ten smakołyk załapać od razu, a nie czekać całe 4 minuty na wypieczenie następnego. Ehhh ... i właśnie przez te wspomnienia zachciało mi się gofrów. Przeszukałam stare zeszyty mamy w poszukiwaniu tego jedynego przepisu. Natrafiłam na trzy! Tu pojawił się problem... Który to był??!!?? I nie wiem dlaczego, ale moja uwagę przykuł jeden z przepisów, taki ze strzałką i dopiskiem "podobno takie jak robią na mieście" a na dodatek z mąką ziemniaczaną. Nie wiem dlaczego zaczęłam robić właśnie te. Przecież chciałam swojskie, mamine ?? Czasami ciężko mi zrozumieć samą siebie. Chyba znowu wygrała ciekawość. Przepis prosty, przejrzyście napisany a jednak. Pierdoła kuchniowa zrobiła po swojemu i nie wyszło ... Tzn. wyszło tyle, że źle :)



Składniki:
  • 20 dkg mąki ziemniaczanej
  • 20 dkg mąki pszennej
  • 25 dkg cukru
  • cukier waniliowy
  • 200 g stopionej margaryny
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 5 jajek
  • olej sojowy
  "Jajka ubić z cukrem i dodać resztę składników. Zostawić na 10-15 minut." No właśnie, jajka ubić z cukrem. Tego nie doczytałam. Stwierdziłam, że trzeba zrobić tak jak robiła to mama. Wszystko do jednej michy i wymieszać. Dlatego też moje gofry były jakieś takie bez polotu. Nie były hmmm... "puszyste"? Jakoś tak. Ale w smaku były całkiem smaczne. Z lodami rewelacyjne. Z tym, że jeden gofr zatyka już porządnie, a te "domowe" to można wciągać jeden za drugim ... No chyba, że już stara jestem i pamięć mnie myli ;) bądź apetyt nie ten. 


Nasze gofry zjedliśmy z kulką lodów bakaliowych - kupnych. Mimo to było pysznie. Wczoraj. A dziś słońce i księżyc uraczyły nas takim oto widokiem.

  
Życzę SMACZNEGO! I pamiętajcie: jajka najpierw ubić z cukrem! ;)

czwartek, 23 grudnia 2010

Pierniki i muffinowy prezent

Witam serdecznie i przedświątecznie ! 
W całym tym świątecznym zamieszaniu i ciągłym obiecywaniu "w tym roku tyle nie gotujemy", znalazłam chwilkę żeby upiec moje pierwsze pierniczki. Myśl nie przyszła sama z się ... Siora pokazała mi tą piękną stronkę Bakerlady. Ta kobieta ma chyba jakieś zdolności paranormalne... Toż to niemożliwe, żeby zwykły człowiek zdziałał takie cuda. No... chyba, że w Photoshopie ;) W każdym bądź razie przez tą stronę męczyłam się nad moimi piernikami ładnych parę dni. Efekty jednak nie odzwierciedlają poświęconego im czasu ;) Podczas pracy plułam sobie w brodę, że w ogóle się za to zabrałam. Czy Wy też tak macie, że jak coś zobaczycie to łazi Wam po głowie i musicie sami spróbować to zrobić bo inaczej nie da rady pozbyć się tego ze łba? Ja się nie pozbyłam, bo nie uzyskałam żądanego efektu. I teraz będę kombinować i próbować i się męczyć aż w końcu wyjdą jak należy... Ehhh, człowiek to jest dziwna istota... 


Przepis na ciasto piernikowe pożyczyłam od Bakerlady:

  • 1 szklanka miodu - najlepiej prawdziwego, ale może być też sztuczny
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1/2 kostki masła (100g)
  • opakowanie przyprawy do piernika
  • 1 łyżka kakao
  • płaska łyżeczka sody
  • 3-4 szklanki mąki pszennej


Miód gotujemy z masłem, cukrem i przyprawą piernikową. Odstawiamy do przestygnięcia. Dodajemy sodę i mieszamy. Dodajemy tyle mąki, aby uzyskać miękkie, dość lepkie ciasto. 
Zawinąć je w folię aluminiową i schować do lodówki. Jak podaje autorka ciasto ze sztucznym miodem nie lubi chłodzenia, więc z niego trzeba piec pierniki od razu - po upieczeniu są jaśniejsze od tych z prawdziwym miodem. Ja miałam miód prawdziwy i chłodziłam ciasto przez całą noc. Niestety dodałam za dużo mąki i trochę męczyłam się z rozwałkowaniem. Trochę bardzo się męczyłam. Najlepiej rozwałkowywać ciacho między arkuszami papieru do pieczenia. Nie przykleja się do wałka (sposób mojej mamy). Ciasto trzeba rozwałkować na 3 mm - chyba ;) Moje było tak twarde, że do tych 3 mm to wałkowałabym po dziś dzień. Dlatego też, moje pierniki są różne. Cieniutkie, grubiutkie - czasem tak grubiutkie, że aż straciły swoją formę i stały się placuszkami. Świątecznymi piernikowymi placuszkami ;) No trudno... tak to jest przy pierwszych razach - nie zawsze jest miód-malina. Najlepiej jak przed włożeniem do piekarnika schłodzimy pierniczki jeszcze przez chwilę w lodówce. A potem do 200°C na 15-20 minut. Żeby pierniczki dały się malować, najlepiej jakby stały w suchym i chłodnym miejscu. U mnie takiego nie ma niestety. Jest albo chłodne i wilgotne (to przez tą zimę) albo ciepłe i suche. Wybrałam to drugie dlatego pierniczki "suszą" się w kotłowni. Niezbyt "kuchniowe" miejsce ale cóż ... każdy orze jak może ;)



Najwięcej problemów było z chęcią namalowania aniołków... Ja pierdziu, jakie te stworzenia są oporne. Nie chciały współpracować, przez co wyglądają na lekko zdziwione, bądź przestraszone ...


... a ten to wypisz wymaluj "Krzyk" Edvarda Muncha ...


Jedyne uśmiechnięte anielisko. Ale żeby to był anielski uśmiech to nie powiem ...



Jeszcze szybki podgląd na mały prezencik, który zrobiłam z muffinek, kremu do tortów, biszkoptów, precelków (te to się łamią cholery) i kolorowego lukru.


Przedstawiam Wam Zdziwionego Renifera i Japońskiego Bałwanka.



Na koniec dzisiejszego, bardzo długiego jak na mnie wpisu ;) 
Wszystkiego dobrego, miłych, ciepłych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia i samych dobroci w Nowym 2011 Roku życzę Mła, Aniołek z "Krzyku" i Japoński Bałwanek.
PS. Renifer nie życzy bo jest dalej zdziwiony...

środa, 17 listopada 2010

Tarta Jabłkowo-malinowa "Spadające gwiazdy"

  Ależ mnie tu dawno nie było... co nie znaczy, że nic nie gotowałam, piekłam, pichciłam. Naszło mnie jednak ponownie, żeby tu zaglądnąć i coś uaktualnić, bo się jakoś tak smutno tu zrobiło. A, że piękny listopad zaczął nam się zmieniać w "listopadowy" listopad - to i czasu więcej się w domu siedzi. No i jak się tak siedzi, siedzi to się tv ogląda. Po obejrzeniu jednego z odcinków Marthy Stewart stwierdziłam, że ba! ja też takie umiem upiec ... no i się zabrałam do roboty :) Według przepisu jest to ciasto jabłkowo-jerzynowe, ale nie było jerzyn więc kupiłam maliny :) Aha... i ciasto w przepisie ma "spadające liście". Obszukałam w sklepach foremki w kształcie liści... no i ni hu hu . Pomyślałam, pomyślałam... i przecież nie tylko liście spadają, a ja mam foremki gwiazdki. Przepis tłumaczyłam sama więc mogą być błędy... a ciasto i tak wyszło...chyba.


Robimy ciasto na tartę:

  • 600 ml mąki
  • 1 łyżeczka soli (5 ml)
  • 1 łyżeczka cukru (5 ml)
  • 2 kostki niesolonego masła
  • 60ml-120ml zimnej wody

  Wszystkie suche skladniki mieszamy ze sobą. Masło kroimy w kosteczkę, tak żeby łatwo nam było wyrobić ciasto. Najlepiej jest to robić mikserem, takim do wyrabiania ciasta i mieszać pulsacyjnie. Mój misker odmówił posłuszeństwa, albo poprostu nie tak go poskładałam. W każdym bądź razie musiałam ugniatać ciasto ręcznie. Dodajemy po trochę wody i dalej wyrabiamy. Ciasto nie moze być jednak za bardzo jednolite. Wyrabiamy do momentu aż będzie się trzymać k... siębie jak się bedzie trzymać :) Dzielimy na dwie części i wkładamy do lodówki na minimum 1 godzinę, żeby się schłodziło a skaldniki przeszły sobą nawzajem... innymi słowy żeby zaszła między nimi "chemia" ;) Dobrym sposobem jest przedstawiony sposób Marthy... robimy z ciasta dwa krążki i wkładamy takie do lodówki. Wtedy po wyciągnięciu możemy odrazu rozwałkowywać, a nie męczyć się jeszcze z wyrobieniem placka do wałkowania. 


  Teraz, w międzyczasie, gdy ciasto nam się chłodzi zabieramy się za nadzienie. Przygotowujemy sobie:

  • 80 ml cukru
  • 20 ml skrobi kukurydzianej (ja użyłam ziemniaczanej)
  • 2,5ml cynamonu
  • ok. kilograma jabłek
  • 1/2 kilograma jerzyn bądź malin (oczywiście mogą być mrożone)
  • 20 ml niesolonego masła

i zabieramy sie do roboty. Obieramy jabłka i kroimy na cząstki. Ja pokroiłam na 4, ale można spokojnie na ósemki. Chyba nawet tak jest w przepisie i prawdopodobnie nadzienie wyjdzie bardziej zbliżone do oryginalnego ;) W każdym badz razie kroimy sobie jabłuszka. Mieszamy ze sobą wszystkie suche składniki, pomijamy narazie masło. Następnie wsypujemy cały ten zmieszany proszek do jabłek i delikatnie mieszamy, dodajemy do tego nasze jerzyno-maliny i delikatnie mieszamy. 

  Jeżeli ciasto nam się już schłodziło to wyciągamy placki i rozwałkowujemy. Ciasto na spód lepiej zostawić ciut grubsze, nie będzie sie rozwalać po upieczeniu. Na stronie oryginału można zobaczyć w jakim kobieta naczyniu to piekła. Ja niestety nie miałam takiego talerza, więc piekłam w zwyklej blaszce do tart. Musiałam niestety dać mniej nadzienia. Ale wracając do roboty.... Jeden rozwałkowany placek kladziemy na spód i obcinamy byle jak brzegi. Z drugiego placka wykrawamy gwiazdki. No, chyba, że jednak macie foremki liscie. W sumie można powycinać co się chce. To w sumie ma tylko wyglądać...albo raczej aż wyglądać. Taka kosmetyka parkietu ;) Na spód wsypujemy nasze jabłka z malinami. To nie ma być równe z blachą, bo nic nadzienia by nie wyszło. Robimy z tego taką kopę... nie mylić z czym innym;) Kroimy masełko w kostki i rozrzucamy po tej górze jabłek. Chyba po to, żeby się lekko płynne nadzienie zrobiło ;) I na wierzch układamy nasze "wycinanki". Przykrywamy w takim nieładzie, żeby czerwone nadzienie prześwitywało dziurami. Na koniec roztrzepujemy jeszcze jajko i smarujemy pędzelkiem każdą gwiazdkę, listek lub inne cudo i posypujemy grubym cukrem. Ja posypałam zwykłym cukrem, bo oczywiście w mojej kuchni jak zwykle nic nie ma. 


  Wkładamy jeszcze ciacho na ok. 30 minut do lodówki, żeby się wszystko ładnie zgrało i nastawimy piekarnik na 200 C. Wkładamy ciacho i pieczemy przez 20 minut, następnie obniżamytemperaturę do 170 stopni, ciasto przykrywamy pergaminem i pieczemy przez następną godzinę i 45 minut. Tak tak, dla mnie też się wydawało za dużo jak na takie ciasto, ale po to właśnie ten pergamin, żeby nam się ciasto nie sfajczyło. Gdy nadzienie będzie nam "bąbelkować"...hmmmm... będzie widać, że nadzienie się gotuje to wyciągamy i odstawiamy do schłodzenia. A potem to już sie tylko zażeramy ;D

  Ciasto dobre, chociaż muszę popracować nad techniką. Aha! Miałam trochę za małe gwiazdki i się trochę pozapadały. Lepiej jednak jak "wycinki" są ciut większe. Miłej zabawy przy pieczeniu i SMACZNEGO !