- 1 szklanka miodu - najlepiej prawdziwego, ale może być też sztuczny
- 1/2 szklanki cukru
- 1/2 kostki masła (100g)
- opakowanie przyprawy do piernika
- 1 łyżka kakao
- płaska łyżeczka sody
- 3-4 szklanki mąki pszennej
Miód gotujemy z masłem, cukrem i przyprawą piernikową. Odstawiamy do przestygnięcia. Dodajemy sodę i mieszamy. Dodajemy tyle mąki, aby uzyskać miękkie, dość lepkie ciasto. Zawinąć je w folię aluminiową i schować do lodówki. Jak podaje autorka ciasto ze sztucznym miodem nie lubi chłodzenia, więc z niego trzeba piec pierniki od razu - po upieczeniu są jaśniejsze od tych z prawdziwym miodem. Ja miałam miód prawdziwy i chłodziłam ciasto przez całą noc. Niestety dodałam za dużo mąki i trochę męczyłam się z rozwałkowaniem. Trochę bardzo się męczyłam. Najlepiej rozwałkowywać ciacho między arkuszami papieru do pieczenia. Nie przykleja się do wałka (sposób mojej mamy). Ciasto trzeba rozwałkować na 3 mm - chyba ;) Moje było tak twarde, że do tych 3 mm to wałkowałabym po dziś dzień. Dlatego też, moje pierniki są różne. Cieniutkie, grubiutkie - czasem tak grubiutkie, że aż straciły swoją formę i stały się placuszkami. Świątecznymi piernikowymi placuszkami ;) No trudno... tak to jest przy pierwszych razach - nie zawsze jest miód-malina. Najlepiej jak przed włożeniem do piekarnika schłodzimy pierniczki jeszcze przez chwilę w lodówce. A potem do 200°C na 15-20 minut. Żeby pierniczki dały się malować, najlepiej jakby stały w suchym i chłodnym miejscu. U mnie takiego nie ma niestety. Jest albo chłodne i wilgotne (to przez tą zimę) albo ciepłe i suche. Wybrałam to drugie dlatego pierniczki "suszą" się w kotłowni. Niezbyt "kuchniowe" miejsce ale cóż ... każdy orze jak może ;)

































